13 sierpnia 2011

MAC sakura.

Za oknem szaleje burza, a ja siedzę przed komputerem z herbatą i lodami własnej roboty. W głośnikach szumi Oh Land, której muzykę właśnie odkrywam i zastanawiam się co napisać, bo nie było mnie parę dni. Z jednej strony nie miałem czasu, bo dużo się działo i stało, a z drugiej nie wiedziałem o czym. Wracam więc, a o czym mógłbym wracając napisać, jak nie o perełce mojej ?
Tak, róż MAC sakura z limitowanej kolekcji quite cute to zdecydowanie moja perełka. Bardzo go lubię i pamiętam dzień, kiedy znalazłem go pod moją furtką. Bardzo miły dzień ;)
Co ciekawe - na początku ze wszystkich trzech róży ten wzbudził moją najmniejszą ciekawość, ale potem dostałem wręcz obsesji na jego punkcie, aż w końcu kliknąłem i przyleciał do mnie zza oceanu. Zakupu zdecydowanie nie żałuję.
Opakowanie typowe dla róży mac. Proste, ładne i funkcjonalne. Na samym opakowaniu tylko podstawowe informacje, skład znajdziemy na kartoniku.
Róż ma bardzo delikatny, ale piękny różany zapach. Bardzo mi się podoba.
Co do koloru, zdjęcia oddają go tak sobie.
Róż to taki lekki lawendowy fiolet z purpurowym serduszkiem. Bardzo mi się podoba. Serduszko zaróżawia całość dzięki czemu mimo swojego fioletowego koloru, róż wygląda bardzo naturalnie.

Liliowa część jest satynowa, praktycznie bez drobinek, purpura jest perłowa z malutkimi drobinkami, których na skórze praktycznie nie widać, więc nie macie się o co martwić :)
Na skórze wygląda bardzo świeżo, uzdrawiająco-odmładzająco i myślę, że będzie pasować każdemu. Mimo, że może ten kolor nie wydaje się być pasującym każdemu i zahacza o ekstrawagancję to na skórze wygląda pięknie i działa cuda. Ja go uwielbiam :)
Konsystencja jest dość twarda, leciutko pyli, ale na pędzel nabiera się odpowiednia ilość różu.
Część serduszkowa jest miększa, bardziej pyląca i niestety łatwo pęka...
Możliwe, że mi się wydaje, ale mam wrażenie, że róż jakby z czasem zrobił się twardszy i mniej pylący.
Swatche:
Na 1. zdjęciu - zmieszane, serce, reszta
Na 2. - reszta, serce, zmieszane




+
jakość i trwałość
kolor (oryginalny)
wykończenie (świeży blask bez drobinek)
zapach
wydajność
opakowanie

-
cena-ilość
dostępność
kruche serduszko

Nie pamiętam dokładnej ceny, ale za ponad 100zł dostajemy 4g, co jest gramaturą niektórych większych cieni... Mimo wszystko warto zwrócić uwagę na wydajność, bo niektóre 10gramowe róże znikają w miesiąc-dwa, a ten mam od dwóch miesięcy i go po prostu nie ubywa (a jest dość często używany).


Rozjaśniło się i ktoś was pozdrawia.
Miłej nocy kochani.

Pozdrawiam,
William Rhinestone

5 komentarzy:

  1. Oooooooj, śliczny! Czemu go nie mam? :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czemu jeszcze nie masz, ale można go upolować ciągle na ebayu w dość dobrych cenach ;)
    Jeśli chodzi o moje zdanie to zdecydowanie warto sobie odmówić trzech-pięciu-iluśtam tańszych róży i kupić ten, bo jest po prostu dobry, uroczy i wyjątkowy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tez mam Sakure, ostatnio wlasnie tez mialam w planach wrzucic recenzje, bo to takze moj ulubiony roz:).
    Jest swietny, daje taki ladny zmrozony odcien rozu :). Mi na poczatku wpadl w oko Miss Behave, ale po obmacaniu kolekcji "na zywo" zdecydowalam sie wlasnie na Sakure i dobrze.
    Ja tez uwazam, ze jest wart swojej ceny!

    OdpowiedzUsuń
  4. Kleopatre - miałem identycznie :P Na początku zachwyciła mnie Miss Behave, ale potem nagle zakochałem się w Sakurze (co za odmiana), bo kolor taki oryginalny i uroczy, choć szczerze powiedziawszy bałem się tego, na ile ten róż będzie użyteczny, a jak się okazało można go użyć praktycznie na każdym i do każdego makijażu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...