2 maja 2017

Ranking podkładów - w poszukiwaniu tego idealnego.

Na co dzień raczej nie używam podkładów - poza mineralnym własnej roboty, a mój makijaż jest szybki i minimalistyczny. Byleby zakryć to co trzeba, zmatowić, przeczesać brwi i gotowe. Czasami jednak potrzebuję wyglądać nieco idealniej, czy to ze względu na okazję, czy po prostu czasem rano nie wyglądamy dobrze, a chcielibyśmy ;) Wtedy minerałami trudno mi jest osiągnąć pożądany efekt, a chciałbym mieć coś na co zawsze i w każdej chwili mogę liczyć i co w ciągu kilkudziesięciu sekund sprawi, że będę wyglądać jak z okładki.
Posiadam cerę bardzo tłustą, trądzikową, wrażliwą i skłonną do przesuszenia. Masakra :)
Mój idealny podkład musi:
1. Nie zapychać, nie uczulać, nie wysuszać
2. Dobrze kryć,
3. ale wyglądać bardzo naturalnie, nie dawać maski i stapiać się
4. Matować na długo
5. Być trwały
6. I oczywiście posiadać odpowiedni kolor o ciepłej tonacji

Ponieważ większość podkładów była tylko testowana, nie byłem w stanie zweryfikować punktu pierwszego.

Wszystkie podkłady były nakładane Beauty Blenderem na ten sam krem nawilżający i pudrowane tym samym pudrem.

Każdy podkład testuję na twarzy i szyi.

Kolejność mniej więcej od najgorszego do najlepszego.
Zaczynamy.


Bourjois Healthy Mix nr 51

Kiedyś używałem starej wersji z której byłem średnio zadowolony i koszmarnie mnie zapychała. Nowa wersja jest dla mnie jeszcze gorsza, twarz świeci się okropnie tuż po nałożeniu, podkład jest lepki, czuć go na twarzy, słabo kryje, kolor oksyduje, więc polecam uważać przy wyborze, posiada drobinki i ma słabą trwałość. Na plus tylko ładny zapach i ciepła tonacja. Stara wersja miała próżniową pompkę co moim zdaniem jest najlepszą opcją w kwestii dozowania kosmetyków, nowa już tego nie ma. W zestawieniu najsłabszy podkład, może się sprawdzić chyba tylko na cerze suchej, ale rozumiem dlaczego dużo osób go lubi - wygląda naprawdę naturalnie.

Givenchy Matissime Velvet No 01 Porcelain

Bardzo lubię firmę Givenchy i byłem bardzo pozytywnie nastawiony, ale niestety jest słabo. 'Velvet' to słowo klucz, bo matu nie ma prawie w cale. Na plus kolor, który jest bardzo jasny i ciepły, lekka formuła podkładu i delikatny zapach. Podkładu w ogóle nie czuć i nie widać, wygląda pięknie i idealnie stapia się z cerą, krycie jest lekkie w stronę średniego. Niestety ma słabą trwałość i cera okropnie się świeci już po 2 godzinach. Łatwo podkreśla suche skórki. Cena jest bardzo wysoka, a biorąc pod uwagę efekt - podkład jest porażką. Zadowolone mogą być chyba tylko posiadaczki normalnej i ładnej cery.

L'Oreal True Match 2.N Vanilla

Podkład posiada dużą ilość dość widocznych i opalizujących drobinek co dla mnie go dyskwalifikuje. Kolor jest neutralny, ale na mnie wybijają różowe tony, a to kolejny minus, być może 1.N byłby lepiej dopasowany. Podkład dość dobrze kryje i stapia się z cerą dając satynowe wykończenie, niestety jest trochę widoczny, co w połączeniu z drobinkami zdecydowanie nie jest tym czego szukam. Na cerze tłustej szybko się świeci. Mimo wszystko jest lepszy od poprzedników.

Too Faced Born This Way kolor Pearl i Vanilla

Podkład zapowiadał się dobrze, ale jest raczej średniakiem. Kryje przyzwoicie, ma ładną gamę kolorów i tonacje, nie posiada drobinek, daje matowe wykończenie i całkiem nieźle stapia się z cerą. Mimo wszystko trzeba uważać bo łatwo o maskę. Cena 150zł byłaby dla mnie do przełknięcia, ale niestety cera po dwóch godzinach zaczyna się świecić, po trzech jest już bardzo słabo, a wszystkie niedoskonałości i nierówności są bardzo podkreślone. Szkoda. Oba testowane kolory były bardzo ładne, bliżej mi do Vanilla, który jest ciemniejszy i cieplejszy, ale ideałem byłoby coś po środku.

Lancome Teint Idole Ultra Wear 01 i 010

Podobnie jak Givenchy, bardzo, bardzo chciałem ten podkład polubić, tym bardziej, że jest na promocji w Sephorze za 135zł. Pierwszy minus to kolorystyka, drugi minus to oksydacja, a trzeci minus to słaby mat. Babciny zapach jest ładny, ale może być męczący na dłuższą metę. Konsystencja jest fajna, podkład fajnie się nakłada i daje piękny efekt utrzymując dobre krycie. Mimo słabej kolorystyki (szkoda mi nawet pisać o tym jaki wybór jest w Stanach, a jaki w Polsce), podkład daje radę dopasować się do skóry i w nią wtopić. Gdyby tylko lepiej radził sobie z sebum to byłoby super, mimo wszystko jest lepiej niż u Too Faced. Długo się nad nim zastanawiałem, ale tak silna oksydacja w podkładzie za taką cenę to duży minus. Jak widać 01 po zastygnięciu robi się łososiowo-pomarańczowy, a 010 sino-różowy, mimo wszystko jakimś cudem na twarzy nie wygląda to tak źle.

Make Up For Ever Mat Velvet+ 30 porcelana

Ten podkład niestety należy do tych które wygadają pięknie po nałożeniu, ale im dalej w las tym jest gorzej. Na początku jest ładnie, gładko i matowo. Po 2h zostaje błysk, ciemny kolor i ogromne pory. Tak, mnie również zaskakuje, że 30 jest najjaśniejszym, dostępnym w Polsce kolorem. Do tego jest różowy.

Revlon Colorstay 150 Buff (c/o)

Colorstay to dobry podkład, a biorąc pod uwagę jego cenę - nawet bardzo. Kolor dobierze większość z Was bez problemu, a mamy jeszcze dwie wersje do wyboru w zależności do rodzaju cery. Nowa wersja ma pompkę, to plus, używanie starej musiało być trudne. Podkład zapewnia bardzo dobre, nawet pełne krycie, nie posiada drobinek, silnie matuje i jest bardzo trwały. Cera wygląda dobrze do 4godzin, później wystarczy lekka poprawka. Niestety robi maskę. Niby kolor jest ok, niby efekt jest ładny, ale po prostu go widać, a to nie jest coś czego szukam. Ogółem polecam ten podkład, bo wiele osób, szczególnie młodych nie wyobraża sobie wydać na podkład więcej niż 50zł, ten na promocji można dostać nawet za 30zł. Jeśli chodzi o półkę drogeryjną to nic lepszego chyba nie ma. Niestety jest ciężki i może zapychać, poza tym zostawia taką lepką, sztywną powłokę, która dla mnie jest niewygodna. Kolorystycznie dla mnie 180 jest za ciemny, natomiast 150 zgrywa mi się dość dobrze z szyją, ale na twarzy wydaje się odrobinę za jasny i za mało ciepły.

Marc Jacobs Genius Gel 32 beige light

Kolor zdecydowanie nie najlepszy dla mnie, ale akurat taka trafiła mi się próbka. Podkład sam w sobie wygląda bardzo fajnie, dobrze stapia się z cerą i mimo, że kolor początkowo mnie przeraził to latem nawet dałby radę. Daje naturalne wykończenie, raczej lekkie krycie. Na ręce wydaje się bardzo pomarańczowy, ale na twarzy dzieją się jakieś cuda i naprawdę wygląda dobrze. Tuż po nałożeniu wydawał mi się słaby, ale zaskoczył mnie naprawdę niezłą trwałością i tym, że po 3 godzinach cera nadal wyglądała dobrze i względnie matowo. Jest warty uwagi i stawiam go na podium z MUFE HD, który wygrywa tylko lepszym kryciem.

Make Up For Ever Ultra HD Y235

To naprawdę dobry podkład. Dobrze kryje, a nie jest widoczny. Nie czuć go na twarzy. Wybór kolorów, mimo, że również okrojony to nadal całkiem fajny. Dla mnie 245 jest już za ciemny, a 235 odrobinę za jasny, mimo wszystko fajnie się wtapia. Po pierwszym użyciu pomyślałem - jest fajnie. No i jest. Cera wygląda ładnie, ale nie sztucznie. Dobrze się nakłada i jest trwały. Nie matuje na wieki, ale po 3 godzinach moja cera dalej wyglada w porządku i wystarczy jedna bibułka by wszystko poprawić (normalnie potrzebuję 3). Mat mógłby być trochę mocniejszy. Niestety posiada drobinki, ale jest ich mało, są bardzo drobne i niewidoczne na twarzy. Można je dostrzec tylko z bliska przy bardzo mocnym oświetleniu. O tym, że dobrze wyglada na zdjęciach to chyba wszyscy wiedzą. Nie jest to podkład idealny, ale na ten moment to jeden z faworytów - bo jest po prostu fajnie wyważony, taki na każdą okazję.
Wiem, że jest sporo skrajnych opinii i myślę, że w przypadku tego podkładu bardzo duże znaczenie ma aplikacja - nigdy na gołą skórę i najlepiej gąbeczką.

Marc Jacobs re(marc)able 14 ivory

Jest bardzo trwały, fantastycznie kryjący i całkiem matowy. Kolorystyka i konsystencja na plus, ale mocno zastyga, więc trzeba sprawnie pracować. Ma specyficzny zapach farby.
Dla wielu osób DW to szczyt krycia podkładu, ale Marc Jacobs to już totalne szaleństwo. Wystarczy 1/4 ilości standardowego podkładu, żeby zapewnić sobie dobre krycie, a przy tym naprawdę dobrze się go rozprowadza.
Wraz z niesamowitym kryciem Marca Jacobsa wzrasta też jego widoczność - zostaje jakby trochę na powierzchni skóry i wygląda gorzej w takich newralgicznych punktach jak np. skrzydełka nosa. Po 4h wymaga jednej bibułki by dalej wyglądać świetnie, a to dla mnie mega wynik.
Jest ciężki i czuć go na twarzy, z tego względu podejrzewam, że może zapychać i noszenie go na co dzień to chyba nie najlepszy pomysł. Stawiam go wysoko, bo to moim zdaniem wyjątkowy podkład i wyjątkowa formuła, ale kupując wybrałbym jednak jego lżejszą wersję, która jest po prostu bezpieczniejsza i łatwiejsza w obejściu.

Estee Lauder Double Wear 1N1, 1W1 i 1W2

DW jest znany ze swojego krycia, czy wręcz ciężkości, matowości i maskowatości, ale wydaje mi się, że jest to pewien mit wynikający ze złej aplikacji. Producent określa go jako trwały podkład o średnim stopniu krycia i naturalnym, półmatowym wykończeniu - ja się z tym w zupełności zgadzam, ale więcej szczegółów opiszę w recenzji poświęconej tylko niemu. Generalnie po nałożeniu zrobiłem wow. Cera wyglądała fenomenalnie, a przy tym nie było efektu szpachli i fantastycznie zgrał się z moją skórą. Pod tym względem wygrywa z re(marc)able, a jest równie trwały, jeśli nie trwalszy. Kolorystycznie 1W2 to dla mnie cudo, jest niemalże idealnie dopasowany do mojej cery! Na ręce wydaje się ciemny, ale z cerą dobrze się wtapia, szczególnie po przypudrowaniu krzemionką. 1W1 był trochę za jasny, a 1N1 choć przez niektórych uznawany za 'zółty' jest typowo neutralnym kolorem i na mnie po zastygnięciu ewidentnie wybija różowe tony. Podkład przeżył ze mną jeden ekstremalny, 16h dzień, dwa razy używałem bibułki i na koniec dnia całość nie wyglądała źle, co mnie bardzo zaskoczyło. Delikatnie starł się przy skrzydełkach nosa i zniknął z jednej aktywnej zmiany, ale poza tym było naprawdę dobrze. Jeśli mnie nie zapcha to będzie ideałem. Trzeba tylko pilnować co się nakłada pod niego, to nie jest podkład, który można nałożyć na gołą skórę czy samą bazę - trzeba dbać o dobre nawilżenie i raczej nie nakładać go w okolice oczu.

Swatche:
Moja ręka jest chłodniejsza i jaśniejsza od twarzy.



A może wy macie do polecenia coś, co warto spróbować ?


Pozdrawiam,
William Rhinestone


20 kwietnia 2017

Co warto kupić na promocji w Rossmannie? -55% - moje zakupy


Chyba wszyscy oszaleli na punkcie dzisiejszej promocji w Rossmannie. Ja wybrałem się do takiego bardziej na uboczu, ale w centrach miast podobno o 11 już były puste szafy!
Nie miałem bardzo dużych planów zakupowych, a lista jeszcze bardziej mi się wyszczupliła bo nie było szafy ani Essence, ani serii ProVoke od Eris.

Najbardziej zależało mi na primerach, przeglądając wizaż, te z max factor i AA wydawały się mieć najlepsze opinie. Zobaczymy jak się sprawdzą.

O mgiełce utrwalającej z Lirene za wiele nie znalazłem i kupiłem ją trochę spontanicznie.

Skusiłem się też na na korektor perfect match, znam go dość dobrze i uwielbiam. Nr 1 świetnie rozjaśnia, a 2 dobrze kryje niedoskonałości idealnie stapiając się ze skórą.

Puder ryżowy z Lovely wygląda cudownie! Jest to mały prezent dla kogoś bliskiego, więc raczej go nie będę testować, ale swoim wyglądem mnie urzekł i cieszę się, że udało mi się go dostać. Z lovely spontanicznie wziąłem też beżową kredkę - jest naprawdę mięciutka i ma ładny kolor!

Z wibo skusiłem się na żel do brwi, który znam i polecam, odżywkę do rzęs nad którą kiedyś już myślałem, a teraz była dobra okazja i kredkę 2w1 do brwi, która ma okropne opakowanie, ale jakościowo zapowiada się bardzo fajnie!

Kredki do ust Eveline były całkiem nieplanowanym zakupem, w drogerii wydawały się mieć nieco inny kolor, ale mimo wszystko są całkiem ładne. Wybrałem light plum i warm nude. Mają naprawdę fajną konsystencję!



A jak tam wasze zakupy? Kupiłyście wszystko co chciałyście ?
















Pozdrawiam,
William Rhinestone

18 kwietnia 2017

Catrice Liquid Camouflage - płynny korektor kamuflujący - recenzja



Korektor zamknięty jest w 'błyszczykowym' opakowaniu wykonanym z dobrej jakości plastiku.
Całość moim zdaniem wypada bardzo dobrze.
Aplikator to typowa, również 'błyszczykowa' gąbeczka.

Dostępny jest tylko dwóch kolorach różniących się tonacją - 01 jest różowy, a 02 żółty.

Z tego względu wiele osób może mieć spore problemy z kolorem, dla mnie na szczęście 02 jest idealny.

Konsystencja jest bardzo przyjemna, kremowa. Korektor ma też delikatny, przyjemny zapach.


Formuła jest zastygająca, dość typowa dla kosmetyków o dużej sile krycia.
Korektor podczas zastygania oksyduje - trochę ciemnieje i silnie wybija się jego tonacja.
Może to być lekki minus, ale ja nie traktuję tego jak wadę, dużo kosmetyków zmienia kolor podczas zastygania i to nawet te z wysokiej półki jak choćby Lancome, tu mamy do czynienia z korektorem za 16zł.

Ze względu na formułę należy pracować z nim dość sprawnie i dobrze rozprowadzić zanim zastygnie - poźniej już nic z nim nie zrobimy.

Krycie i trwałość są fantastyczne. Naprawdę, ja jestem zachwycony tym korektorem, kupiłem go spontanicznie na promocji w hebe za ok 10zł i mega mnie zaskoczył.

Mimo krycia i ubogiej gamy kolorów nie zostawia mi na twarzy odcinających się placków, a bardzo ładnie się wtapia.
Nadaje się też pod oczy, ale może przesuszać.

Dla mnie jest to korektor prawie idealny i właściwie nie mam nic więcej do dodania. Gdyby tylko firma poszerzyła gamę odcieni i poprawiła formułę pod względem oksydacji to byłby fenomen.

Na zdjęciu po lewej widać siłę krycia, dla mnie to conajmniej 8,5/10.

Moje nadgarstki są stosunkowo różowe w porównaniu do twarzy, dlatego kolor wydaje się bardzo żółty.

Kusi mnie wypróbowanie wersji kremowej, która też zebrała wiele pochwał, ale kremowe korektory zawsze mnie odpychały ze względu na swoją ciężką, tłustą i zapychającą konsystencję.
Co sądzicie, macie porównanie obu wersji ?


Pozdrawiam,
William Rhinestone

20 lutego 2017

Recenzja La Roche-Posay Effaclar Duo Plus [+] Unifiant - krem leczniczy i koloryzujący


Krem Effaclar Duo jest ze mną już od prawie dwóch lat i absolutnie go uwielbiam. Z pewnością napiszę jego recenzję, natomiast dzisiaj weźmy na tapetę nowość - jego młodszego brata z dodatkiem pigmentu.
Z opisu producenta wynika, że wersja Unifiant ma działać tak jak pierwotna, a dodatkowo zapewnić nam zakrycie niedoskonałości bez efektu maski.
Konsystencja kremu jest bardziej wodnista od oryginału, delikatna, nietłusta i dobrze się rozprowadza. Posiada ten sam cytrusowy zapach.

Wybrałem odcień jasny, który jak widać na
zdjęciu - nie jest aż tak jasny. Nie jestem bladziochem, ale mam jasną cerę w żółtej tonacji.

Tonacja kremu jest neutralna w stronę ciepłej (żółtej), co dla mnie jest dużym plusem. Krem bardzo dobrze stapia się ze skórą, dopasowuje do niej i myślę, że nie będzie się odznaczać na większości cer.

Dostępny jest jeszcze jeden, ciemniejszy kolor.


Jak widać na zdjęciu krycie jest bardzo słabe. W skali od 0 do 10 dałbym mu 2.
Producent co prawda nie obiecuje silnego krycia, a samą ideą produktu jest raczej wyrównanie, to jednak spodziewałem się, że będzie odrobinę lepiej.

Krem wchłania się do całkowitego matu i ogółem poprawia wygląd cery.
Kolor jest wyrównany, cera zmatowiona i wygładzona, ale jeśli posiadamy jakieś aktywne zmiany czy stosunkowo świeże blizny to niestety - krem nic z nimi nie zrobi.

Nie wierzyłbym również w to, że krem będzie działał tam samo jak 'czysty' Effaclar. Stężenie składników aktywnych na pewno jest niższe, a ze względu na zawarty pigment raczej nie użyjemy go na noc. Poza tym dla cery, szczególnie tej wrażliwej, trądzikowej - żaden kosmetyk kolorowy nie jest obojętny. Oryginał traktuję jak krem leczniczy, ten produkt do końca nie wiem jak określić.

Podsumowanie:

Z kremu mogą być zadowolone osoby, które mają ładną cerę, a potrzebują czegoś delikatnego co wyrówna koloryt i utrzyma skórę w ryzach.
Krem przedłuża trwałość makijażu, więc może sprawdzić się jako delikatna baza pod makijaż, która nie zapycha porów.
Problemem jest też trochę nakładanie - przy rozsmarowaniu palcami mimo słabego krycia bardzo podkreśla skórki. Dobrze wygląda nałożony Beauty Blenderem, ale to jednak zabiera więcej czasu.
Sam pomysł jest bardzo dobry i nawet polubiłem ten krem, ale krycie pozostawia sporo do życzenia. Effaclar to seria do skóry trądzikowej, a taka skóra ma zazwyczaj dużo do ukrycia. Dla dobrego efektu potrzebuję ilości równej dwóm dużym ziarnkom grochu, a to mniej więcej dwa razy tyle ile nakładam 'czystego' Effaclara.
Kolejnym minusem jest cena, kosztuje bez promocji ok. 70zł, a to całkiem sporo i 10-15zł więcej od wersji bez pigmentu. Ja na promocji zapłaciłem ok. 45zł, co jest całkiem znośną ceną.
Zużyję krem bez większego marudzenia, ale chyba nie kupię ponownie.


Pozdrawiam serdecznie,
William Rhinestone

8 lutego 2017

Clarisonic MIA 2 - jak to jest z tymi szczoteczkami i myciem twarzy - recenzja.

Hej !
Słowem wstępu, wiem, że nie było mnie kilka lat. Obiecałem, że kiedyś na pewno wrócę i myślę, że właśnie nastąpił ten moment. Często myślałem o blogu, ale musiałem poukładać troszkę spraw w życiu, a ponieważ nie lubię robić nic na pół gwizdka zostawiłem całkiem bloga. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś o mnie pamięta i będziecie chcieli czytać moje wypociny :)
Nie wiem jak często uda mi się dodawać posty, ponieważ moje studia, niestety całkiem słusznie, są uznawane za jedne z najbardziej wymagających i przez to nie dysponuję dużą ilością wolnego czasu, ale obiecuję, że będę się starać :)

OK, przejdźmy do recenzji. Jeśli ktoś nie chce czytać całości to zapraszam do posumowania na dole.

Szczoteczka Clarisonic jest na rynku od dobrych kilku lat, świat oszalał na jej punkcie i od dawna mnie kusiła. Niecały rok temu zdecydowałem się w końcu ją kupić, czy żałuję ? Nie, ale czy oszalałem na jej punkcie ? No, niestety też nie.

Szczoteczka kusiła mnie przez wykorzystanie technologii sonicznej, którą znam i cenię ze sfery stomatologicznej, a ponieważ jestem trochę związany z tą dziedziną, to od razu pomyślałem 'hej! Mogę mieć to samo rewelacyjne rozwiązanie do mycia zębów, tylko, że do twarzy? Jestem na tak!'
W praktyce wygląda to troszkę inaczej, niż się spodziewałem. Soniczne drgania mają za zadanie wprawiać w ruch cząsteczki cieczy, które w ten sposób zapewniają dokładniejsze mycie. Do tego włosie również jest wprowadzane w drgania co skutkuje oscylacyjnym ruchem i 'wymiata' cały brud :)

Jeśli położymy soniczną szczoteczkę do zębów na tafli wody zobaczymy jak mocno wprawi wodę w ruch (całkiem inaczej, niż rotacyjna). Na filmikach reklamowych Clarisonica widzimy jak szczoteczka wprawia wodę w szalone zawirowania - testowałem ją w ten sposób i poza delikatnymi drganiami woda nie jest wprowadzana w żaden ruch co strasznie mnie zawiodło. Być może moja szczoteczka jest jakaś wadliwa ? Jeśli osoby, które też ją posiadają czytają ten post, to bardzo proszę o komentarz.

Mimo wszystko szczoteczka jest naprawdę bardzo fajna. Jest bardzo dobrze wykonana z porządnego, twardego plastiku. Po każdym użyciu zdejmuję nasadkę do suszenia i nie zauważyłem żeby jakieś elementy się wyrobiły.

Posiadam ją prawie rok i działa bez zarzutu - jedynie czas pracy na baterii się skrócił. Przy używaniu jej dwa razy dziennie wytrzymuje obecnie max tydzień.

Końcówki nakłada i zdejmuje się bardzo wygodnie dzięki plastikowemu kapturkowi, który posiada każda końcówka.
Mamy do wyboru dwie prędkości pracy pomiędzy którymi osobiście nie widzę żadnej różnicy, a całe mycie twarzy jest zaprogramowane na 1 minutę - po 20 sekund na czoło oraz nos i brodę, po 10 sekund na każdy z policzków. O zmianie strefy informuje nas krótka przerwa w drganiach. Trzeba się do tego przyzwyczaić, bo początkowo trudno sobie wyczuć ten czas i odpowiednio umyć daną strefę.

 Gdy szczoteczka zaczyna się rozładowywać informuje nas dodatkowymi drganiami po zakończeniu mycia i migającym pierścieniem.
Ładowanie trwa moim zdaniem strasznie długo - ok 12 godzin i odbywa się przez magnetyczną ładowarkę indukcyjną, która jest bardzo praktyczna, a przez brak gniazda ładowania zyskujemy lepszą szczelność.

Szczoteczka jest oczywiście wodoodporna, jednak słyszałem o przypadkach, gdzie woda dostała się do środka, a szczoteczka zepsuła. Dobrym sposobem na dodatkowe zabezpieczenie przed wodą jest pomalowanie lakierem do paznokci szczeliny, która biegnie w okół szczoteczki.

Cenę szczoteczki uważam, że niepoważnie drogą i nie uważam, żeby była warta 650zł, bo aż tyle musimy za nią zapłacić w Sephorze. Używaną szczoteczkę możemy znaleźć do 200zł i to zdecydowanie rozsądniejsze rozwiązanie - niestety pełno jest podróbek i jeśli nie macie pewności to nie warto ryzykować i tracić pieniędzy na podróbki. To samo tyczy się końcówek, ponad 100zł i wymiana co 3 miesiące ? Bardzo dużo. Na szczęście jeśli będziemy dbać o końcówkę i nie będziemy nią zmywać ciężkich makijaży, które szybko ją pobrudzą to wytrzyma spokojnie pół roku. Na eBayu można kupić podrabiane końcówki za kilka złotych. Jeszcze ich nie testowałem, ale już teraz mogę wam powiedzieć, że mają zupełnie inne włosie, jest miększe i bardziej puszyste, co może okazać się plusem, niestety nie pasują tak dobrze do głowicy i nie zawsze chcą 'zaskoczyć'.
Ja do tej pory używałem końcówki senstive i zwykłej, nie różnią się od siebie jakoś bardzo, natomiast kusi mnie bardzo żeby spróbować luxe, tylko te 140zł... ;)

A teraz najważniejsze - czyli jak w końcu myje ?
Chciałem jej spróbować przede wszystkim ze względu na moje problemy z trądzikiem, a wiele osób zobaczyło znaczną poprawę dzięki tej szczoteczce. Czy pomogła ? Trochę tak, ale nie zrobiła żadnej rewolucji.
Mycie szczoteczką jest bardzo przyjemne, drgania zapewniają nam lekki masaż, włosie delikatnie peelinguje, a finalnie cera jest tak dokładnie oczyszczona, że właściwie nie można porównać tego, do żadnej innej metody. W zależności od tego jak wrażliwa jest nasza cera możemy szczoteczkę delikatnie przycisnąć i wykonywać koliste ruchy, czy tylko delikatnie przyłożyć i przesuwać po twarzy pozwalając oscylującym włoskom zrobić wszystko za nas. Dla osób, które mają bardzo delikatną i suchą skórę dobra będzie wersja luxe, której włoski są długie i bajecznie miękkie.
Przy mocniejszym makijażu polecam najpierw przemyć twarz płynem micelarnym ponieważ:
1. Włosie szybko się ubrudzi i nie będzie wyglądać miło,
2. Mając na twarzy grubą warstwę makijażu, czy brud po całym dniu będziemy sobie to wszystko wcierać w skórę, a wtedy mogą pojawić się podrażnienia i wypryski.

Polecam też raz na kilka dni zdezynfekować końcówkę alkoholem izopropylowym i przede wszystkim dbać o to, by końcówka wysychała pomiędzy użyciami, co zapobiega nadmiernemu rozwojowi bakterii.
Warto też zwrócić uwagę na wodę w jakiej myjemy twarz. Jeśli kranowa nas podrażnia, możemy spróbować gotowanej, czy mineralnej.

Osobiście jestem zadowolony ze szczoteczki. Pozwala dokładnie oczyścić cerę i pozbyć się całego brudu, pozostawia takie 'sterylne' uczucie na skórze, a wszelkie sera i kremy lepiej się wchłaniają. Jest to szczególnie ważne gdy po całym dniu chcemy pozbyć się wszystkiego z twarzy, odetchnąć i zadbać o cerę. Jednak jeśli ktoś oczekuje, że Clarisonic zrewolucjonizuje jego życie, to niestety, ale nie liczyłbym na to. Clarisonic to po prostu fajny i bardzo drogi gadżet pozwalający bardzo, bardzo dokładnie oczyścić twarz.
Należy też pamiętać, że nie zastępuje peelingu, ale z moich doświadczeń wynika, że jednak delikatnie pozbywa się naskórka i peelingi możemy robić znacznie rzadziej.

Próbowałem różnych metod oczyszczania - szczoteczki manualne, obrotowe, gąbki zwykłe i konjac, szmatki, silikonowe szczoteczki - nic nie oczyszcza tak jak Clarisonic. Warto wspomnieć, że obrotowe szczoteczki są szczególnie złe, ponieważ obracając się naciągają i podrażniają skórę. Lubię natomiast gąbkę konjac. Jest bardzo mięciutka, a jej porowata struktura pozwala fajnie oczyścić twarz. Myślę, że konjac to najlepsza alternatywa dla osób, które stwierdziły, że clarisonic oczyszcza jednak zbyt intensywnie. Gąbki można kupić bardzo tanio i często wymienić dla zachowania higieny. Niestety mają jeden minus - trudno je dobrze wysuszyć między użyciami.

Podsumowanie


Nie żałuję zakupu i polecam Clarisonic każdemu, kto potrzebuje dokładnego oczyszczenia twarzy, szczególnie osobom, które mają tłustą cerę i zaskórniki. Ze względu na cenę - nie wiem czy kupiłbym ponownie. Natomiast dużo osób waha się pomiędzy Clarisoniciem, a Foreo - miałem okazję przetestować Foreo i w ogóle nie zrobiło na mnie wrażenia. Jest bardziej higieniczne i nie trzeba zmieniać końcowek, ale podobny efekt oczyszczenia można uzyskać silikonową szczoteczką na palce za jednego dolara, a Foreo tanie nie jest...

Plusy:
-w oczyszczaniu cery nie ma sobie równych
-delikatnie masuje twarz
-bezprzewodowa
-wodoodporna
-zasilana wbudowanym akumulatorem
-różne rodzaje końcówek do wyboru
-dobra jakość wykonania
-ergonomiczny kształt

Minusy:
-cena szczoteczki
-cena końcówek
-należy bardziej dbać o jej higienę, niż w przypadku np foreo
-czasem trudno jest dobrze wysuszyć końcówkę pomiędzy użyciami
-akumulator mógłby wytrzymywać dłużej i ładować się szybciej
-może podrażniać

Zapraszam do komentowania i pozdrawiam was serdecznie, :)
William Rhinestone

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...